Tomáš wynurzył się na powierzchnię, zanim zdążyłem mrugnąć, ale ja zawisłem tam jak sparaliżowany – na granicy zdrowego rozsądku i czystego przerażenia – patrząc na postać przez szybę zaparowaną glonami i solą.
Telefon w jej dłoni świecił. Słabo, ale świecił. Pod wodą. We wraku. Na głębokości czterdziestu metrów.
Wspiąłem się.
Tomas krzyknął na mnie, zanim zdążyłem wyjąć regulator z ust: „Widziałeś to?! Powiedz, że widziałeś!”
On widział. A ja żałowałem, że to zobaczyłem.
Wróciliśmy na łódź. Trzęsły nam się ręce. Sprawdziłem nagranie z kamery GoPro — i natknąłem się na coś, co sprawiło, że usiadłem na dnie łodzi i po prostu zamilkłem na kilka minut.
Na nagraniu nie było żadnej postaci. Wcale.
Ale było coś jeszcze. Kiedy to obserwowałem, kamera zarejestrowała krótki błysk światła wydobywający się z głębi wraku – regularny, rytmiczny. Jak sygnał. Jak kod Morse’a.
Tomáš jest specjalistą IT. Wziął laptopa i zaczął odtwarzać nagranie klatka po klatce.
Ztuchl.
„To nie przypadek” – powiedział cicho. „Ktoś to nadaje. I to jedno zdanie – w kółko i w kółko”.
Przesunął ekran w moją stronę.
Przeczytałem przetłumaczoną wiadomość raz. Dwa razy. Trzy razy.
I wtedy zrozumiałem, dlaczego kolos zniknął z map morskich. Dlaczego nie było o nim żadnej wzmianki. Dlaczego ciemna łódź bez tablicy rejestracyjnej podążała za nami aż do portu.
Wiadomość brzmiała: „Nie wracaj. Oni już wiedzą, że tam byłeś”.